21 Lis O odzyskiwaniu siebie, czyli „Exodus” Łukasza Orbitowskiego

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Sobotnie popołudnie, godzina 15, no może 16 i ja – pod kocykiem, z herbatą w jednej ręce, a w drugiej z najnowszym (ogromnym!) tomiszczem Orbitowskiego o nieco niepokojącym tytule „Exodus”. Kłamać Wam nie będę – jestem jedną z tych osób, która nie przeczytała ani jednej powieści Łukasza Orbitowskiego. Nie miałam zatem żadnych oczekiwań co do książki, która musiała ze mną spędzić sobotnie popołudnie. Ale będę je miała w stosunku do kolejnych pozycji tegoż pisarza. Zanim przejdę do opisania swoich czytelniczych wrażeń z lektury (a właściwie do zajawki), przed Wami krótki fragment z powieści:

Mam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Od patrzenia w ekran zalewają mnie fale zimna i gorąca, pieśń lodu i ognia, nie ma co. Kiedyś telefony były inne, jak mój stary alcatel. Nikt nie słyszał o żadnych wirusach, bateria trzymała tydzień i wyjmowało się ją jednym ruchem. Tu muszę znaleźć sposób albo rozpieprzyć system. Więc dziabię scyzorykiem. Pęknięty ekran gaśnie jak oko Terminatora. Kartę SIM rozkrawam i miażdżę. Adios, znajomi! Nie będzie już lajków, wydarzeń takich jak weekend kalamburowy w ArtCafe i grup o wydziaranych dresach, nie będzie też zdjęć kotów i z imprez rodzinnych, demotywatorów z Kwachem i dziesiątków ekranów GIF-ów z Tumblra, nie będzie was, nie będzie ciebie, nie będzie więc mnie.

Telefon wiruje w odpływie dworcowego klopa, razem z resztkami kart i dowodem osobistym. Nie będzie mnie, a więc: żegnaj, Janku.

Kim jest Janek? To mieszkaniec Mokotowa, mąż, ojciec, kochanek. Trach sprawia, że zmuszony jest uciekać, a celem tej ucieczki jest zapomnienie. Także własnej tożsamości, a co za tym idzie przeszłości. Przystanków na drodze do zapomnienia jest kilka – hałaśliwy Berlin, obóz przesiedleńczy u podnóża Alp, zamieszkana przez bezdomnych kamienica w Lublanie, grecka wyspa. Na każdym z nich Orbitowski obdziera swojego bohatera z poczucia bezpieczeństwa. Nie dzieje się to tylko przez sam fakt ucieczki, ale także przez miejsca, do których trafia. U podnóża Alp Janek pomaga uchodźcom w obozie Imagine – nie przed uchodźcami czuje jednak strach, ale przed współpracownikami. Każdy z nich skrywa tajemnice, boi się, że ktoś je odkryje. I Janek także  zaczyna się bać.

Ucieka do Słowenii. W Lublanie doświadcza przysłowiowego „życia na marginesie”: Mam brudne żyły, mięso i wątrobę. Brud osiądzie także na rękach Janka, ale dopiero kiedy zarośnie nim jego sumienie uświadomi sobie, że w ucieczce nie znajdzie ukojenia. Wtedy postanawia wrócić na miejsce Trach, bo:

Nie ma ratunku. Nie można nigdzie uciec, bo dokądkolwiek pójdziesz, zabierzesz ze sobą siebie i swoje nieszczęśliwe serce.

 

Premiera nowej powieści Łukasza Orbitowskiego już 22 listopada Z autorem będzie można spotkać się tego dnia w warszawskiej kawiarni o wdzięcznej nazwie Worek Kości. Więcej info tu🙂

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu SQN <3

 

No Comments

Sorry, the comment form is closed at this time.