23 Lut „Klan Kossaków” Marka Sołtysika

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Moje ostatnie cierpienia na niedobór wiedzy o życiu artystów XIX i XX wieku nieco zmalały po lekturze książki Marka Sołtysika „Klan Kossaków”. Na pewno kojarzycie to nazwisko z twórcami przeogromnych obrazów. I słusznie. Wszak i Juliusz Kossak, i jego syn – Wojciech, a także wnuk – Jerzy mają na swoim koncie niemałą liczbę zamalowanych płócien. Panowie różnili się od siebie mocno. Juliusza cechowała prostolinijność, dobroć, delikatność i.. brak wiary w oddziaływanie własnych prac. Nie zależało mu na sławie i na pieniądzach, które często chętnie pożyczał, i których potem miał już nigdy nie ujrzeć. Ostatnie lata jego życia wyglądały bardzo smutno:

Opowiadał mi przed laty mój przyjaciel Kazimierz  Bauda, czarujący wiedeńczyk, jak to stary Juliusz biegał po Krakowie jak wąsaty szczurek i wtykał komu się dało obrazki po 50 koron od łebka. W sztuce lepiej się opłaca zwykły burdel dla zdrowia niż kochająca rodzinka na klęskę.

W istocie było tak, że co Juliusz zarobił oddawał żonie i dzieciom. Wojciech natomiast częstokroć nie mógł zrozumieć braku uznania dla swoich obrazów; ponadto cechowała go większa przedsiębiorczość i niesamowita jurność, której dowodów zapewne w tym wpisie poszukujecie. A zatem oto i one!

Jerzy z kolei – i tu głos oddaję autorowi książki:

… był chłopcem bez ideałów, raczej samolubnym, nieskłonnym do bliskości z drugim człowiekiem, takim, co to w świecie wyobrażeń szuka ucieczki od codzienności. Miał w genach nieprzeciętne  zdolności manualne, ale wrodzone poczucie wyższości nie pozwalało mu nawet myśleć o próbach twórczego rozwijania się (…).

Miał także słabość do dwóch nałogów: do hazardu i do alkoholu, a jak powszechnie wiadomo z nimi nie zachodzi się za daleko. Raczej schodzi i to naprawdę nisko.

Ale zaraz, zaraz! Przecież ród Kossaków rozsławili nie tylko mężczyźni! Obecnie chyba zdecydowanie większą popularnością cieszą się córki Wojciecha Kossaka aniżeli on sam. Kto szuka smaczków z życia Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec, powinien sięgnąć po książkę Marka Sołtysika. Obie piękne i cenione w środowisku artystycznym, choć tak różne i pod względem charakteru, jak i twórczości. Lilka to zwiewne i delikatne dziewczę, do końca życia zmagające się z uciążliwym urazem kręgosłupa, który próbowano leczyć (wydając na to majątek) w renomowanym zakładzie gimnastyczno-leczniczym niejakiej panny Maj. Niestety owa panna i jej bardzo bolesne masaże Lilce nie pomogły, a jeszcze więcej zaszkodziły. Pawlikowska-Jasnorzewska do końca życia skrywała garb pod stertą falbanek, narzutek i zwiewnych tkanin. Magdalena zaś była damą wyzwoloną i przy kości, nazywaną najdowcipniejszą kobietą w Polsce, drwiącą sobie z romantycznych powieści Heleny Mniszkówny (którymi zaczytywano się w dwudziestoleciu międzywojennym równie mocno jak współcześnie w przygodach Grey’a).

Dziewczęta były ze sobą bardzo blisko. Porozumiewały się najlepiej w pewnym narzeczu, nikomu poza nimi niedostępnym. Brata Jerzego nie lubiły, niechęć będzie z latami narastać i znajdzie apogeum oraz wreszcie realne wytłumaczenie w momencie, gdy…

I to już sami sobie doczytajcie! Ode mnie tylko jeszcze kilka słów o języku i formie. Styl jest bardzo potoczny i przywodzi mi na myśl czeskie pábiteli, z którego zasłynął m.in. Bohumil Hrabal. Zaiste, opowieść snutą przez Marka Sołtysika dobrze by się słuchało w jakiejś krakowskiej knajpce popijając dobre czerwone wino z kufla (koniecznie z kufla!). Nie będę ukrywała, że na początku miałam lekki problem z oswojeniem się z tą formą, ale już po kilkunastu stronach zupełnie mi ona nie przeszkadzała, a wręcz dodawała pewnego uroku. Ponadto Sołtysik ubarwia swoją opowieść o ciekawe fragmenty z listów, które pisywali Kossakowie – czy to do siebie, czy to do przyjaciół i znajomych. To także ciekawa lektura przedstawiająca panoramę XIX i XX-wiecznej Polski.

 

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu ARKADY.

 

No Comments

Post A Comment