26 Mar Historia zapisana w falowcu – „Latawiec z betonu” Moniki Milewskiej

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Zanim zacznę rozwodzić się nad tym, czego dotyczy książka Moniki Milewskiej, rzec chcę jedno – jest to jedna z najlepszych powieści, którą w tym roku przeczytałam. Wszystko jest w niej na swoim miejscu – każdy przecinek, każda kropka, każda postać i historia. Milewska sięgnęła po konwencję realizmu magicznego, która daje autorowi szerokie pole do popisu, bo przecież MOŻE WYDARZYĆ SIĘ WSZYSTKO. I się dzieje.

Kiedy przyszli pierwsi ludzie – rybacy, pasterze i dokerzy – nie wiedzieli, że z dziełem diabła mają do czynienia, ale myśleli, że to wiatr od morza tak ten dom pofalował, że wije się w pyle i kurzu budowy. I nazwali go falowcem. I zamieszkali w nim.

Zamieszkał w nim także Inżynier, twórca modernistycznego molochu. 11 kondygnacji, 16 klatek, 1792 mieszkania i rekordowa długość 860 metrów, dzięki której budynek, zaraz po wiedeńskim Karl-Marx-Hof, jest drugim co do długości budynkiem w Europie. Pół Polski mogłoby w nim zamieszkać. Sam prezydent Francji przyjechał zobaczyć socjalistyczny cud. Ba, chciałby mieć taki w Normandii! Inżynier czeka zatem na prezydenta, by opowiedzieć mu historię falowca. Zamiast niego pojawia się… stara baba. Dobrze, że chociaż ze świeżymi jajkami i mlekiem prosto łod Krosuli. Mamy środę, 18 czerwca 1975 rok. Nie przywiązujcie się jednak do dat bowiem realizm magiczny lubi sobie z czasu zakpić. Ruszajmy jednak za babą do jej mieszkania, bo zabraknie dla nas mleka! Z klatki A przenosimy się do klatki B i tym samym do 21 października 1976 roku. Stara baba doi krowę trzymaną na balkonie, a Inżynier w tym czasie ucina sobie krótką pogawędkę ze starym chłopem. Nie podziela on zachwytu nad architektonicznym cudem: Tego, co ten waloniec wymyślił, to ja bym na dożywocie  skazał. (…) Wszystko tu głupie, a najgłupsza ta winda, co się co niektóre piętro zatrzymuje. Biedny Inżynier jeszcze nieraz i nie dwa usłyszy wiele niepochlebnych opinii o swoim dziecku. Następnego dnia przenosimy się do klatki C i do roku 1979, do dnia w którym Jan Paweł II po raz pierwszy odwiedził Polskę. Na pewno zorientowaliście się już, że podróżowanie po falowcu to tak naprawdę podróżowanie w czasie, a dokładniej do przyszłości.

Autor zdjęcia: Robin Hamman.

Pamiętacie, jak na lekcjach historii rysowało się oś czasu i umiejscawiało na niej ważne wydarzenia? Falowiec w powieści Milewskiej jest właśnie taką osią czasu. Autorka zaznacza na niej wydarzenia, którymi żyła cała Polska (przyjazd papieża, walkę z cenzurą, wprowadzenie stanu wojennego, powstanie Solidarności, upadek komunizmu). Falowiec to także przegląd społeczeństwa polskiego i relacji międzyludzkich. Milewska uderzająco dosadnie pokazała jak diametralnie się one zmieniły. W latach 70. i  80. mieszkańcy zaglądali do siebie w kapciach, nikogo nie dziwiło, że sąsiad przyszedł „na telewizje”. Lata 90. i początek XXI wieku to czas niechętnie prowadzonych rozmów przez drzwi i domofon. Milewska nie ocenia, nie krytykuje. Opisuje zmiany w sposób zmuszający do refleksji. Dopadną one każdego – jak nie w powieściowym 1979 roku to na pewno w 2011.

Jedna z bohaterek powieści, Agata wypowiada słowa, które w moim odczuciu mogłaby wypowiedzieć sama autorka:

… ale dla mnie osobiście komunizm to falowiec, ten zaczarowany labirynt mojego dzieciństwa. Jeden z największych Wielkich Budów Socjalizmu i nieudany eksperyment społeczny – to się wręcz domaga własnej narracji. Chciałabym tu stworzyć Muzeum Wielkiej Płyty, takie żywe muzeum dnia codziennego…

Milewska stworzyła i narrację, i muzeum, do którego zajrzę jeszcze nieraz.


Za możliwość recenzji dziękuję MANDO.

No Comments

Post A Comment