21 Mar Pieprznij to wszystko i wyjedź do… Azji! – „Endorfinowy granat” Michała Pawlika

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Tekst „A może to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?” stał się mantrą ludzi cierpiących na monotonię życia, na przemęczenie, na „mam już dosyć, więcej nie wytrzymam”. Napisano całą masę tekstów i książek o tym, jak ktoś rzuca pracę w korporacji i wyjeżdża na drugi koniec świata przypomnieć sobie, jak to jest żyć słysząc własne myśli zamiast odhaczać kolejne taski w Asanie. Można by pomyśleć, że zrobiły to wszystkie korposzczurki na świecie (pozdrowienia dla Mordor na Domaniewskiej). Prawda jest jednak o wiele smutniejsza, bo większość korposzczurków nie ląduje w Azji, nie ląduje nawet w Bieszczadach… tylko na leżance u terapeuty. Wcześniej jednak większość uskutecznia modne porady z modnych poradników napisanych przez modnych i sławnych ludzi:

Wiedziałem, że muszę coś zrobić. W końcu miałem do dyspozycji cały arsenał narzędzi pomagających wypełnić poczucie pustki. Codziennie wstawałem wcześnie rano, medytowałem, afirmowałem. Uprawiałem sport (…), uczyłem się języków, gry na gitarze. Spotykałem się z przyjaciółmi, umawiałem się na randki. Wyeliminowałem ze swojej diety mięso, pszenicę, produkty przetworzone, cukry złożone, tłuszcze trans, nie mieszałem białka z węglowodanami, dbałem o stabilny poziom glukozy, dopasowałem dietę do grupy krwi, planowałem posiłki z saperską precyzją. Czytałem książki o pozytywnym myśleniu i stosowałem się do ich wskazówek. Jeździłem na rowerze i chodziłem na spacery.

I co? Gówno!

Nie dziwię się, że gówno, ponieważ większość wykorzystanego przez autora arsenału poprawia kondycję ciała. A co z kondycją ducha? Jemu trzeba zaaplikować coś mocniejszego. I Michał Pawlik aplikuje. Wyjazd do Azji.

Dlaczego akurat Azja? Bo to jego marzenie z dzieciństwa, które przez cały czas domagało się spełnienia. Czekało tylko na odpowiedni moment, a ten właśnie nastał. Cóż zatem robić? Spakować plecak i w drogę! Pierwszy przystanek: Tajlandia. W Bangkoku autor zaopatruje się w jedenastokilogramowy rower, którym przemierzy aż 5 państw. Okazuje się, że w Tajlandii największym zagrożeniem dla samotnie podróżujących cyklistów są… psy (jak kiedyś w Rumunii). Dzikie watahy atakują zazwyczaj po zmroku i trzeba mieć naprawdę dużo siły w nogach, żeby przed nimi uciec. Na szczęście w Tajlandii, notabene nazywanej Krainą Uśmiechu, można liczyć na bezinteresowną pomoc. Zawsze ktoś stanie na srodze i podrzuci do wioski, ktoś inny przygarnie pod swój dach, kiedy deszcze leje jak z cebra. Podróżowanie Pawlika nie ma nic w sobie z odhaczania najpopularniejszych turystycznie miejsc. Szybko ucieka z gwarnego i głośnego Bangkoku. Ucieka do małych wiosek, w których ludzie mają zaufanie do siebie i nikt nigdzie nie pędzi (chyba, że dorwie go deszcze). Pawlik jest trochę jak Stasiuk, który w ten sam sposób odkrywał kraje bałkańskie. Obaj nie są turystami, raczej pielgrzymami, którzy poprzez wędrówkę próbują znaleźć sens lub odpowiedzi na pytania. Motyw wędrówki i pielgrzymowania jest stary jak świat, nikomu się jeszcze jednak nie przejadł i nie znudził. Każdy bowiem pielgrzymuje z innego powodu i do innego celu.

Książkę można zakupic o TU!

Wróćmy jednak do naszego pielgrzyma na rowerze. Po Tajlandii przychodzi czas na Birmę (prawostronny ruch uliczny, zawyżone ceny dla białych, brak wi-fi, zasięgu, ale w zamian mamy przepiękne plaże, gościnnych Birmańczyków i Thingyan – coś jak nasz Lany Poniedziałek, ale trwający 4 dni) i na Laos (gekony, zupa bambusowa, karaluchy, fajki z opium i po raz kolejny niesamowita gościnność). Wietnam i Filipiny to następne przystanki. Podróż Pawlik kończy w Malezji, z której wraca do domu po półrocznym pielgrzymowaniu. Co mu ono daje? Przede wszystkim nauczył się cierpliwości i pokory. W Tajlandii nieraz i nie dwa przeklinał mieszkańców, że czegoś nie mogą zrobić tu i teraz. Od ręki, tak jak w Europie. W Birmie zszokowało go, gdy w dwóch szpitalach usłyszał no doctor – rzecz nie do pomyślenia w krajach cywilizowanych. Pierwsza myśl, która się nasuwa w takich sytuacjach to „No ku** jego mać”. I to jest dokładnie to, co myśli autor. Ale każdy dzień spędzony w podróży obdziera go z frustracji i ze zdenerwowania. Gdzieś znika także mur, który chyba każdy Zachodnioeureopejczyk zbudował wokół siebie. Ten mur przybiera różne formy – telefonu, słuchawek, książki. W azjatyckich małych miejscowościach mało kto może sobie pozwolić na jakikolwiek sprzęt elektryczny. Tam się zagaduje obcych, zaprasza do swojego domu, a cisza, która siłą rzeczy panuje ze względu na brak znajomości języków, nikogo nie krępuje. Podróż uświadomiła mu jeszcze jedną rzecz:

Sześć miesięcy, które dałem sobie na znalezienie nowego świata , wystarczyło, bym zrozumiał, że wymarzony świat mogę stworzyć tylko w sobie, że do mnie należy zorganizowanie życia w taki sposób, by dawało maksymalne zadowolenie, że kluczem do szczęścia nie jest miejsce, w którym przebywam, tylko styl życia i kierunek, w jakim podążam.

Zapewne ktoś zaraz powie: „Po cholerę człowieku pchałeś się aż do Azji? W Bieszczadach doszedłbyś do podobnego wniosku”. Tak, tylko, że po pierwsze – Bieszczady nie były dziecięcym marzeniem autora, po drugie – ilu z nas doszło do takiego wniosku siedząc na kanapie przed telewizorem i potem FAKTYCZNIE zmieniło coś w swoim życiu? Ano właśnie.

Mam tylko jedno zastrzeżenie do Michała Pawlika. Fragmenty reportażowe czytało się świetnie. Informacje o każdym kraju oraz opowieści o obyczajach w nich panujących są bardzo cenne z prostego względu – nie ma ich w przewodnikach. A takich jest sporo w książce Pawlika. Nieco bawiła mnie wdzięczność autora, którą okazywał niemal po każdym dniu podróży. Choć z drugiej strony go rozumiem – sama będąc na dłuższym wyjeździe pod koniec dnia myślę: „Jakie to szczęście, że tu przyjechałam”. Ów fragmenty reportażowe przerywane są tekstem pisanym kursywą, w których autor rozwodzi się (niestety tego słowa muszę użyć) nad sensem życia, nad sensem istnienia, analizuje także swoje zachowania. Hmm, chwila moment, czy autor sam niedawno nie drwił z magicznej mocy buchające z książek o pozytywnym myśleniu? Fragmenty pachną trochę Paulem Coelho lub… „Balsamem dla duszy”. To takie motywacyjne „kopy”. Na mnie nie działają, niewykluczone jednak, że kogoś innego popchną… aż do Azji.

Na koniec, trochę przewrotnie, wrzucam cytat autorstwa Benjamina Franklina rozpoczynający książkę Michała Pawlika:

Niektórzy ludzie umierają w wieku dwudziestu pięciu lat, ale chowa się ich po siedemdziesiątce.

Jakież to prawdziwe!

 

 

2 komentarze

Post A Comment