latawiec z betonu

05 maja Latawiec, Schulz, historie rodzinne – rozmowa z Moniką Milewską

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Monika Milewska – antropolog historii, eseistka, poetka, bajkopisarka, dramaturg, tłumacz. Ukończyła z wyróżnieniem historię na Uniwersytecie Warszawskim. Nominowana do Nagrody Literackiej NIKE za książkę „Ocet i łzy. Terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej”. Autorka sztuk „Dzieje sławnego Rodryga”, „Podróż na księżyc”, „Dziś umarł Prokofiew”. Książka „Latawiec z betonu” jest jej powieściowym debiutem.

Dominika Liberadzka: Dlaczego latawiec? I dlaczego z betonu? To dosyć oksymoroniczny tytuł.

Monika Milewska: Wiele miesięcy myślałam nad tytułem mojej powieści. To był najtrudniejszy element tej książki. Motyw latawca w fabule powraca w postaci dosłownej –  to jest ten latawiec, którego nie zrobił swoim córkom główny bohater, Inżynier. Jednocześnie latawiec jest tak piękną formą, że postanowiłam wykorzystać go również w sensie metaforycznym. W pewnym momencie, w mojej głowie pojawił się obraz samego falowca jako latawca z betonu albo może jako ogona latawca – zresztą obraz ten pojawia się również w książce. Wtedy zauważyłam, jaka jest nośność latawca jako metafory. Latawiec jest czymś pięknym, co ma wzlecieć i być doskonałą formą, którą porwie wiatr. Taki właśnie miał być falowiec – czysty, piękny, biały modernizm igrający z wiatrem. Latawiec z betonu ciągnie jednak ku ziemi – w miarę eksploatacji tej czystej formy okazuje się, że jest przyciężka, że ma coraz więcej wad. Pokazuje swoje kalekie, nieudane oblicze. Tak jak latawiec z betonu, który też jest konstrukcją wadliwą: nigdy nie wzbije się w przestwór, tak samo falowiec nigdy nie będzie idealną maszyną do mieszkania, o czym marzył jego twórca.

Jest Pani trochę przekorna w powieści – główny bohater żyje przeszłością, wspomina byłą żonę i wspólnie spędzone chwile, a Pani uparcie przenosi go coraz dalej w przyszłość.

Dziękuję za taką interpretację, bo nikt do tej pory nie zwrócił na to uwagi. Ale rzeczywiście tak jest. Inżynier cały czas marzy o powrocie do roku 1974. Nie chce iść do przodu, woli wracać do bezpiecznej i idealizowanej przeszłości, ale tam nie ma drogi odwrotu. Może natomiast zmienić swoją teraźniejszość i to jest zadanie, które przed nim postawiłam.

W fragmencie, w którym córka Inżyniera, Agata rozmawia z nim, padają słowa: “… ale dla mnie osobiście komunizm to falowiec, ten zaczarowany labirynt mojego dzieciństwa. Jedna z największych Wielkich Budów Socjalizmu i nieudany eksperyment społeczny – to się wręcz domaga własnej narracji”. Czy Agata wypowiadając te słowa nie jest Pani alter-ego?

Agata? Nie, to jest alter-ego mojej studentki, która wymyśliła ideę żywego muzeum w falowcu. Myślę, że jej pomysł był jedną z inspiracji do książki i kiedy pani redaktor z radiowej Dwójki zadała mi pytanie: o czym byłaby moja gdańska powieść, gdyby taka miała powstać, pod wpływem impulsu odpowiedziałam: o falowcu. Z tyłu głowy miałam także to, że falowiec jako konstrukcja budzi ogromne zainteresowanie moich studentów i w ogóle młodych ludzi, którzy marzą o rekonstruowaniu czasów PRL.

W książce faktycznie przebrzmiewa nostalgia za czasami komunizmu, których symbolem jest właśnie falowiec. Czy nie prościej by było w takim razie napisać reportaż?

Dla mnie nie. Jestem bajkopisarką i nawet jeśli nie piszę bajek tylko słuchowiska o bardzo poważnych postaciach historycznych, na przykład o pionierach kina francuskiego, to zdarza mi się tworzyć bajkowe zakończenia. W na pozór realistycznej sztuce “Podróż na Księżyc” zakończenie jest metaforyczne, niemożliwe do zrealizowania w naszej rzeczywistości, ale możliwe do spełnienia w naszej wyobraźni. I to jest coś, co mnie najbardziej bawi. Moim pierwszym postanowieniem, marzeniem, które pojawiło się mojej głowie (a miałam wówczas 5 lat) było pisanie książek dla dzieci. Ciągle się nie wyzbyłam tego marzenia. Dlatego też w “Latawcu z betonu” ważną rolę odgrywają dzieci i dziecięca literatura.

Porozmawiajmy o intertekstualności. Dostrzegłam w powieści nawiązania do twórczości Schulza, a właściwie do dwóch charakterystycznych dla niego motywów – labiryntu i mityzacji rzeczywistości. Czy Schulz rzeczywiście w jakiś sposób patronował Pani procesowi twórczemu?

Schulz jest pisarzem, którego wielbię. Miałam poczucie, że zapożyczam się u Schulza, gdy pisałam o przyrodzie w falowcu: o roślinach, które panoszą się w mieszkaniach. Nie były to jednak rośliny żywcem wyjęte z Schulza i z jego wizji. To były rośliny z historii mojej własnej rodziny. Np. palma, która została podarowana mojej babci i przez lata rozrosła się tak bardzo, że zaczęła zajmować połowę pokoju stołowego. Była w  tamtym czasie najważniejszą postacią w domu – kiedy przychodzili goście, pierwsze komplementy kierowali nie do pani do domu tylko właśnie w stronę palmy. Oferowano za nią mojej babci nawet duże pieniądze. Po śmierci babci palma trafiła do naszego mieszkania i zaczęła powoli umierać. Nie zaaklimatyzowała się zupełnie. To był smutny czas patrzenia na śmierć – najpierw zmarła moja babcia, a za nią jej ulubienica. Potem dostrzegłam, albo sobie już wymyśliłam, jeszcze jedną rzecz – po donicy pozostała plama na podłodze. Podczas pisania książki zauważyłam, że słowa “plama” i “palma” składają się z tych samych liter.

Wracając do opisów roślin – również asparagus z książki jest moim rodzinnym asparagusem. Wiele historii opisanych w falowcu to historie mojej rodziny, mojego dzieciństwa.

Co do motywu labiryntu – o nim dowiedziałam się dopiero od wydawcy. Nawet się upierałam, że to nie jest labirynt. To jest oś czasu, jak to słusznie napisała Pani w swojej recenzji.

Powiedziała Pani w jednym z wywiadów, a co zauważyli także czytelnicy i recenzenci książki, że w falowcu zapisana jest historia Polski. Ja dostrzegam jeszcze jedną historię – relacji międzyludzkich. W latach 70. i 80. sąsiedzi nie pukają do drzwi, po prostu naciskają klamkę i wchodzą do mieszkania sąsiada, jak do siebie. Po roku 2000 niemalże wszyscy montują domofony i ogrodzenia.

Nawet zastanawiałam się, czy nie stworzyć takiej sceny, w której mój bohater zostaje uwięziony przez nowoczesne środki chroniące przed innymi ludźmi: przez domofony i kraty, które naprawdę zainstalowano w falowcu. Rzeczywiście społeczeństwo się zmieniło, tak jak zmieniły się gadżety pojawiające się w ostatnich klatkach, które odwiedził Inżynier.

Czym zatem jest falowiec? Dziełem diabła, jak to sugeruje jeden z pierwszych akapitów? Cudem nowoczesnej architektury czy może więzieniem?

To pytanie otwarte, na które tylko czytelnik może odpowiedzieć.

 

Czytajcie, czytajcie „Latawca z betonu”, bo to wspaniała książka <3

 

No Comments

Post A Comment