08 Lis „To, co zostaje” Wojciech Pieniążek

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Nie będzie to długi tekst. Nie dlatego, że debiut literacki Wojciecha Pieniążka mnie rozczarował. Wręcz przeciwnie – moje szare komórki podczas lektury pracowały bardzo intensywnie. Pracują także teraz, gdyż chciałabym Wam tak wiele o „To, co zostaje” napisać, ale… brakuje mi słów. Być może i (daj Boże Cioranie, żebym nie była jedynym przypadkiem tego zjawiska) w Waszej biblioteczne znajdują się książki podczas lektury, których doświadczyliście jedności myśli i uczyć z autorem/bohaterami, pełnego zrozumienia dzieła, ale po skończeniu czytania… pustka. Na szczęście w tylko przysłowiowej gębie, w głowie nadal trwa gonitwa myśli i zamęt. Tak właśnie podziałały na mnie dwa opowiadania Pieniążka – kilka zabazgranych stron w brudnopisie, każdy równoważnik pisany szybko z nadzieją, że odda istotę dudniących w głowie myśli. Wiedziałam podczas notowania, tym bardziej wiem teraz, że nie odda. Książkę trzeba przeczytać i przekonać się, jak to jest ciągnąć siebie samego za język. 

Wojciech Pieniążek to pisarz debiutujący późno, bo w wieku 56 lat i jak sam pisze: można zatem przyjąć, że przez pierwsze pięćdziesiąt lat życia przede wszystkim czytałem i dopiero niedawno poczułem się czytaniem na tyle znużony, by przejść na drugą stronę i dołączyć do tych, co czytania przysparzają. O ile w znużenie czytaniem nie potrafię uwierzyć, o tyle w to, że pan Pieniążek wiele lektur ma za sobą już tak. I to zapewne nie byle jakich. Na pewno w jego biblioteczce znalazłabym Iwaszkiewicza, Dostojewskiego, Houellebecqa, może Stasiuka. Jeśli zatem ktoś z Was miał nadzieję na lekką i szybką lekturę, zapewne po przywołaniu tych nazwisk ją stracił. Bardzo słusznie. Nie pochłoniecie, wydawałoby się, dwóch krótkich opowiadań w jeden wieczór. Nie pozwoli Wam na to zarówno ich język, jak i temat.

Opowiadanie pierwsze „Porucznik Golicyn” klimatem wyraźnie nawiązuje do opowiadań wspomnianego już Iwaszkiewicza. Budują go przede wszystkim niedopowiedzenia, przez które trudno, o wiele trudniej niż u mistrza melancholii, znaleźć motyw wokół którego obraca się akcja. Harmonię czytania burzy także polifoniczna narracja. Potrzeba wiele wysiłku i przede wszystkim skupienia, żeby nie pogubić się w relacjonowanych przez bohaterów faktach i… fantazjach. Postaci gdybają i często przenoszą się do alternatywnej rzeczywistości, choć doskonale zdają sobie sprawę, że z ich „co by było gdyby” zostaje… to, co zostaje. I to jest ich rzeczywistość, tak się ona tworzy. Z przypadków, zbieżności, spotkań człowieka z człowiekiem:

Byliby piękną parą, ona i ten Golicy, choć nie tu i nie teraz. Mogliby spotkać się w jakiejś rzeczywistości alternatywnej, w jakiejś nierealności, w bajce, gdzieś – proszę, jak w sam raz – w pritonach San Francisco, gdzie mogłoby zaistnieć to, co wykreśliła, co wymazała prawdziwa historia, czyli Wirskajty, wojna, tutejsze spotkanie ze mną, do którego przecież mało że nie doszło, o jeden włos, jedną kulę, jeden rozkaz, jedną decyzję, jakieś w lewo lub w prawo na skrzyżowaniu dróg, za wcześnie lub za późno.

Drugie opowiadanie różni się od pierwszego wszystkim – językiem, tonem, tematem. Aż trudno uwierzyć, że autorem obu jest ten sam autor. „Vive la difference”, jak rzekł sam narrator! W „Pompes funèbres” mamy do czynienia z monologiem wewnętrznym zamkniętego w hotelowym pokoju mężczyzny. On nie gdyba, nie snuje planów na przyszłość. Interesuje go przeszłość, jego własna przeszłość i to, co z niej zostało. Jest tego niewiele, bo tylko lub aż myśl „Skończyć? Skoczyć?”. I właśnie pod tą myślą skrywa się prawdziwa twarz narratora. Nie pod ironicznym, pysznym, momentami wulgarnym językiem, którym opowiada o swoim barwnym życiu w agencji reklamowej i znajomości z prostytuującą się kobietą, przez którą ostatecznie zamknięto go w czterech ścianach.

Na koniec pragnę Wam przytoczyć fragment z drugiego opowiadania:

Słowa, jakiekolwiek, poskładane jakkolwiek, gdy wybrzmią lub spłyną spod palców, to już nie będzie moje doświadczenie, to będzie coś innego. Kawałek cudzego. Bo słowa są po to, żeby je ktoś usłyszał, żeby je sobie wziął, a wtedy już będą jego, nie moje, to on, to ona, nie ja. Nic nie da najczulsze nawet dusz obcowanie, nawet mieszaniem płynów ustrojowych poparte (…).

Czytajcie Pieniążka, bierzcie jego słowa, bo warto.

 

Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu JanKa.

 

No Comments

Post A Comment