blecher

05 Gru Rzeczywistość splamiona krwią – „Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny” Max Blecher

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Maxa Blechera, trochę dziwnego chłopaka, jak napisał o nim w swoim dzienniku Mihail Sebastian, kojarzy się w Polsce głównie z retoryką bólu, który na ponad 10 lat zmienił jego życie, kształtując go jednocześnie jako pisarza. Twórczość Blechera interpretuje się przez pryzmat codziennie doświadczanego cierpienia, które de facto stanowiło punkt wyjścia do rozmyślań na temat znaczenia i kondycji życia ludzkiego. Ostatnia książka rumuńskiego pisarza „Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny”, wydana dopiero 30 lat po jego śmierci, a w tym roku przetłumaczona na język polski przez Joannę Kornaś-Warwas, odkrywa przed czytelnikami blecherowskie wnioski o (nie)istocie egzystencji i tym, co może uratować ją przed ostatecznym upadkiem w pustkę.

W dzienniku Blechera mamy do czynienia z dwiema rzeczywistościami. Pierwsza to oczywiście ta sanatoryjna, na którą skazała go choroba Potta (więcej o biografii pisarza TU). Zamieszkują ją ludzie o skurczonych i niedołężnych ciałach, których ubywa z każdym dniem. Śmierć zagłusza się tu pozorami normalnego życia. Między zabiegami kuracjusze czytają gazety, spacerują, organizują bale. Jest coś perwersyjnego w świecie, który opisuje Blecher. Blade twarze o zapadłych policzkach i podkrążonych oczach rozglądają się po sali, zastanawiając się kto jutro nie pojawi się na śniadaniu. Z wielkim zainteresowaniem analizowane są także przypadki choroby nowych kuracjuszy, którzy często trafiają do sanatorium w nadziei, że opuszczą je będąc już zdrowymi ludźmi. Stali bywalcy z ironią i pewnym rodzajem wyższości spoglądają na nich, wymuszając w sobie odrobinę empatii i współczucia, które są próbą ocalenia naszej wewnętrznej moralności. Mieszkanie w przybytku śmierci nie sprawiło jednak, że Blecher oswoił się z nią. Ona nadal go przerażała, nie tyle może sam jej akt, ile to, co do niego prowadziło. Bolesne krzyki, jęki, plucie krwią, kurczące się pod wpływem fal cierpienia ciało… I wszechogarniająca ciemność, samotność, w których nie ma miejsca nawet dla Boga. Śmierć u Blechera nie jest abstrakcją. To samodzielny, fizycznie istniejący byt tłoczący ropę w ciałach wszystkich kuracjuszy. Nie ma niej nic wzniosłego, metafizycznego czego dowodem są rozmyślania Blechera po śmierci jednego z kuracjuszy:

Było to banalne popołudnie, bez znaczenia, smutne i monotonne w jego nudnym upływaniu. W moim pokoju nic się nie zmieniło. Promień słońca, który przenikał przez okno przeniósł się ze stołu na róg ściany, butelka wody, z której piłem, była ponownie na swoim miejscu, i oto w tym drobnym interwale czasu, jaki potrzebny był promieniowi słońca do przesunięcia się o kilka centymetrów, a mnie do popełnienia tej prostej czynności, jaką jest picie wody dla ugaszenia pragnienia, w tym oto momencie zdarzył się dla jakiegoś człowieka najcięższy i najistotniejszy fakt jego istnienia: umarł. Przez chwilę pozostałem osłupiały, nie potrafiłem osądzić wagi tego zdarzenia, ale w miarę upływu czasu, im bardziej starałem się dotrzeć do jego prawdziwej głębi, tym bardziej musiałem uznać, że pozostawałem zanurzony w banalności i prostocie popołudnia i że nic nie pomogło mi przeniknąć i zrozumieć, w czym tkwi powaga chwili, w której umiera człowiek.

Rumuński pisarz roztrząsa (nie)istotność ludzkiej egzystencji i znaczenie chwili w życiu człowieka. O ile pierwsza kwestia doprowadzi go do niewesołych raczej wniosków, o tyle druga będzie światłem w tytułowej jamie. W chwili, w której umiera człowiek świat, wbrew wszelkim przekonaniom, nie staje w miejscu. Jest to jedna z tysiąca rzeczy, która w tym czasie się rozgrywa – i tak jak one nie mają znaczenia, tak i śmierć jest go pozbawiona. Poprzedzają ją jednak miliony innych chwil składających się z doświadczeń, emocji pełni szczęścia, jak np. picie wody po ciężkiej operacji. Bo choć w blecherowskiej prozie na pierwszy plan wysuwają się dywagacje na temat umierania, to o wiele istotniejsze są te dotyczące życia.

I tu należy wspomnieć o drugiej rzeczywistości w „Rozświetlonej jamie”, istniejącej po drugiej stronie skóry. Blecher stawia znak równości pomiędzy tym, co dzieje się na jawie i tym, co wydarza się w snach i w wyobraźni:

Wyobrażamy sobie w każdej chwili nasze życie, a życie pozostaje ważne dla tej chwili i tylko dla niej, i tylko tak, jak je sobie wtedy wyobrażamy. Zatem śnić i przeżywać to jedno i to samo. W chwili, w której rozwija się sen, jego zdarzenia są ważne podczas tych nocnych momentów snu, tak jak w powszednim przeżyciu myśli i zdarzenia są ważne tylko w chwili, w której się wydarzają i tak jak je sobie w owej chwili wyobrażamy.

Sednem do zrozumienia tej myśli Blechera jest przeżycie, które umożliwia duchowi oddzielenie się od ciała i wzniesienie się ponad nie. To rzeczywistość schizofrenii kontrolowanej, ponieważ sam Blecher decyduje, co i kto się w niej pojawi. Wspomniany przeze mnie Mihail Sebastian, przyjaciel Maniu zastanawiał się w swoim dzienniku: Co daje mu odwagę, żeby żyć? Co go wspiera? Nie jest nawet zrozpaczony. Myślę, że doświadczanie chwil „poza sobą” jest odpowiedzią na te pytania. Podczas gdy inni kuracjusze realizowali strategię samooszukiwania się, Blecher postanowił walczyć z chorobą jedynym narządem, którego nie mogła zniszczyć – umysłem.

 

MATRONAT MEDIALNY

 

 

No Comments

Post A Comment