22 maja „Od dwóch tysięcy lat” – Mihail Sebastian

Podziel się, szerz miłość i piękno :*

Nae Ionescu, duchowy przywódca rumuńskiego pokolenia Młodej Generacji, do którego Mihail Sebastian się zaliczał, w swojej przedmowie do wydania pierwszego „Od dwóch tysięcy lat” pyta: Jesteś tyIosifie Hehterze, człowiekiem z naddunajskiej Brăili? Nie. Jesteś Żydem z naddunajskiej Brăili. Wydaje się, że na tym polegał cały dramat Sebastiana –  być Żydem w Rumunii w latach 20-30. XX wieku oznaczało wykluczenie nie tylko ze społeczności rumuńskiej. Bycie Żydem to zaprzeczenie bycia człowiekiem. Ionescu dokonuje tutaj oczywistej dehumanizacji. Nie on jeden, mówiąc kolokwialnie, miał coś do Żydów. Ta niechęć, która przerodziła się bardzo szybko w nienawiść, była bardzo wygodna. Żydów obwiniano za gospodarność, zmysł do interesów. Ich wina polegała zatem na posiadaniu talentów, których brakowało Rumunom. Mimowolne, w przypadku Sebastiana, niekoniecznie w przypadku jego kolegów, poczucie wyższości, dumy z wrodzonych zalet nie pomagało w asymilacji, do której zresztą nie wszyscy dążyli. I mam tu na myśli i Żydów, i Rumunów.

Rumuni po kilkuset latach nieobecności na mapie Europy próbowali zrekonstruować siebie jako naród w granicach określonych traktatem wersalskim. Marsz ku tej jedności odbywał się pod hasłem „Precz z Żydami”, „Rumunia dla Rumunów”. Sebastian z racji swego pochodzenia znalazł się w grupie przepędzanych. Brak akceptacji nie martwił go tak bardzo, jak uczucie, że powinien być tak traktowany:

Mamy odwieczne przyjazne stosunki z cierpieniem i muszę przyznać, że niejeden raz, w moich najżałośniejszych chwilach, przeszywały mnie zaskakujące dreszcze dumy z tego cierpienia, które schlebiało mojej niejasnej próżności. Jest w tym, być może, coś tragicznego, ale z pewnością także, w tej samej mierze, jakaś skłonność do kabotyństwa. Właśnie tak, w tym samym czasie, gdy jestem tak głęboko zasmucony, wyczuwam gdzieś, poza obrębem świadomości, jak domaga się scenicznej uwagi metafizyczny tenor, którego noszę w swojej duszy. Być może nie powinienem myśleć w ten sposób, ale nigdy nie będę wystarczająco surowy dla samego siebie, nigdy nie uznam, że przyjąłem dostatecznie dużo ciosów.

Warto zwrócić uwagę na dwie kwestie: żydowski los to los męczennika. Tak postanowiła historia, tak postanowili ludzie, a Żydzi przyjęli tę rolę. Uczynili z męczeństwa credo swojego istnienia. Cierpienie zbliżało ich do siebie, utrzymywało w jedności. Jeden z bohaterów „Od dwóch tysięcy lat”, Abraham Sulitzer, apologeta jidysz, stwierdza  Zapomina pan, że istnieją też na szczęście antysemici. I że od czasu do czasu na szczęście zdarzają się pogromy. Jakkolwiek mocno uda się panu zasymilować w ciągu stu lat, jeden dzień pogromu dziesięć razy mocniej wyrzuca pana z powrotem. A więc to tak! Żydzi przetrwali dwa tysiące lat melancholii dzięki swym oprawcom. Ani wspólne wyznanie wiary, ani wspólne tradycje tak nie zespajają ludzi, jak lepka, czerwona maź, którą jest krew (najlepiej wiedzą o tym chrześcijanie). Sebastian nie przyznaje Sulitzerowi racji. Nie robi tego w każdym razie na głos, ale poza obrębem świadomości wyczuwa uśpionego w sobie męczennika. Niekarmiony pochrapuje sobie w kącie. Nie Sebastian będzie jednak tym, który wybudzi go ze snu. Daleko mu do nadstawiania przysłowiowego policzka. Patrzy na swoich żydowskich kolegów z uczelni, patrzy

jak wracają wieczorem z wydziału, osobno, jeden po drugim, znużeni. I każdy z zapałem liczy bójki, w których wziął udział, jakby chodziło o wynik partii bilarda, żeby tylko przeciwnik nie wygrał na punkty. Marcel Winder dobił do piętnastej. Przedwczoraj podarto mu też kapelusz, co daje mu wyraźne prowadzenie na drodze męczeństwa. Głośno, pośrodku dziedzińca, wskazuje miejsca, w które otrzymał cios. Tutaj i tu, i tu…

Widok ten wywołuje w nim mieszane uczucia – z jednej strony solidaryzuje się z Winderem, też przecież nieraz został pobity, z drugiej całym sobą chciałby być ponad nim, ponad swoimi oprawcami, wreszcie poza jakąkolwiek przynależnością. Sebastian, jakkolwiek banalnie to zabrzmi, chce po prostu być. Żydzi mogą liczyć siniaki na ciele, Rumuni mogą rzucać kamieniami, on chce posiąść najwyższą niewrażliwość przedmiotów, skrajną obojętność, bo tylko to uchroni go przed poczuciem stopniowej utraty, z każdym dniem, bezpieczeństwa mojej samotności.

Momentami nawet mu się to udaje i w to właśnie te fragmenty powieści najbardziej we mnie uderzyły. Jak na przykład ten, w którym spoliczkowany Sebastian wychodzi na ulice mówiąc do siebie widzę piękną kobietę. Widzę przejeżdżającą pustą dorożkę. Wszystko jest na swoim miejscu – zimowy grudniowy poranek. Ani jednego przekleństwa, ani jednej groźby zemsty. Ot, dzień jak co dzień.

W rozmyślaniach narratora nie brakuje ironicznych przytyków skierowanych w stronę żydowskiej społeczności (po wydaniu książki Sebastiana zaczęto postrzegać jako intruza; oburzeni rumuńscy Żydzi oskarżali go o bluźnierstwo i zdradę). Żarliwość, która towarzyszy krytyce judaizmu można przyrównać do tej, która towarzyszy krytyce antysemityzmu nie tylko w wydaniu rumuńskim, ale i światowym. Pod tym kątem powieść „Od dwóch tysięcy lat” ujawnia rozdartą świadomość narratora – na skraju nienawiści do cech, które czynią go na przemian Żydem lub Rumunem i miłości wynikającej z przynależności do wybranej narodowości. W żadnej z nich Sebastian nie czuje się kompletny, bo ani wśród Rumunów ulegających coraz bardziej politycznym konwulsjom, ani wśród Żydów nie może powiedzieć: Jestem Żydem i Rumunem zarazem.

Rozważania bohatera „Od dwóch tysięcy lat” są równie ciekawe jak toczone przez niego dyskusje. Dzięki nim mamy możliwość zasmakować w atmosferze i światopoglądach Rumunii lat 30.XX wieku. Najbardziej fascynuje postać Ghiţu Blidaru (wzorowana na Nae Ionescu). Charyzmatyczny wykładowca ekonomii politycznej widzi Rumunię w ludowym stroju chłopa przywiązanego do ziemi (z ziemi wszystko się wywodzi i do ziemi powraca – jawne nawiązanie do idei wyznawanej przez członków Żelaznej Gwardii). To z kolei kłoci się z interesami prowadzonymi przez Żydów m.in. w miejscowości Uioara, do której trafia narrator. Konflikt na linii miejscowi chłopi – kierownicy budowy rafinerii uwidacznia różnice w traktowaniu kawałka ziemi. Żydzi nie rozumieją historycznych i kulturowych wartości rumuńskiej wsi, czego wyraz daje przełożony narratora: U profesora Ghițy do szaleństwa doprowadza mnie jego metafizyka. W sprawie, w której taką rolę odgrywają fakty i konkrety: pieniądze, ropa, prace drenażowe, kanalizacyjne, budowlane, on odwołuje się do moralności. Ja rozumuję, posługując się konkretem, on – metafizyką.

Każda następna rozmowa  narratora z przedstawicielami różnych poglądów politycznych, społecznych, ekonomicznych, z Żydami, Rumunami, komunistami, anarchistami, zabiera nadzieję na znalezienie choćby jednego wspólnego punktu zaczepienia, który byłby oparciem w momentach słabości i całkowitego przygnębienia. Rozmówcy Sebastiana są ze wszech miar dookreśleni, poddani jednej konkretnej ideologii. Nie ma w nich chęci do dyskusji nad jej istotą i zasadnością. Otoczony przez nich Sebastian staje się symbolem niezależnego myślenia – bez uprzedzeń, bez porównań, bez generalizowania.

MATRONAT MEDIALNY

 

 

No Comments

Post A Comment